No bo nie da się innym słowem nazwać tego co tu nastąpi.
Jest lokal w tym mieście gdzie w porze kolacji czeka się na stolik. Ludzie stoją i pokornie czekają ponad pół godziny na zjedzenie ... pizzy.
Lokalizacja taka sobie, lokalik mały, wystrój przeciętny. A ludzie stoją i grzecznie czekają.
Dlaczego? Wielka tajemnica gastronomiczna? No dla niektórych restauratorów może być nie do pojęcia, że można:
Nie oszukiwać na składnikach. Parmezan jest parmezanem, parma - parmą, a włoska kiełbaska z koprem - włoską kiełbaską z koprem. Kropka.
Znać się na swojej robocie. Właściciel przed otwarciem lokalu włóczył się po świecie zdobywając doświadczenia jako kucharz. Legenda mówi coś o ekskluzywnej włoskiej knajpie na Manhattanie.
Pracować do upadłego. Lokal ten ma pełno od ponad pół roku, a za każdym razem jak tam jesteśmy to właściciel stoi przy piecu i pilnuje interesu.
Dobrze wybrać a potem uczciwie traktować pracowników. Bo inaczej nie umiem wytłumaczyć fenomenu kelnerek w tym lokalu. Są absolutnie zjawiskowo cudowne (Anka mnie zabije). Oczywiście miłe i sympatyczne. Ale to nic. W innych miejscach też znajdziemy miłe i sympatyczne primabaleriny, które nie wiedzą nawet co serwują. Te w Garden Pizza są poza tym inteligentne, uważne, asertywne (w najlepszym tego słowa znaczeniu) i naprawdę starają się, żeby każdy wyszedł zadowolony z szerokim uśmiechem na twarzy. Ktoś powie - udają. Ok. W takim razie wszystkie studiują na PWST.
Przykład - jechałem kiedyś po pizzę na wynos i bardzo mi się spieszyło. Zadzwoniłem do jednaj z pań kelnerek, dowiedziałem się ile trwa pieczenie (powiedzmy 20 min), zadzwoniłem potem precyzyjnie 20 min przed przyjazdem. I wchodząc do lokalu zobaczyłem pizzę wychodzącą z pieca. A panowało tam standardowe oblężenie. I jej się chciało idealnie wycelować moją pizzę, żebym mógł ja szybko zabrać gorącą do domu. W tym sajgonie.
Moim zdaniem one tworzą 50% sukcesu tego lokalu.
A jedzenie...
Przystawki to talerze serów i wędlin. Nic nie jest udawane, wszystko tak jak należy. Podniecać się nie ma czym, ale warte każdej złotówki.
Pizze. Ewidentnie szef kuchni ma doświadczenia amerykańskie, bo najlepsze pizze są o tamtejszym rodowodzie. Nasza ulubiona to Brooklyn. Pieczona papryka ma obłędny aromat, a jej słodycz miesza się ze aromatyczną włoską kiełbasą. Nic skomplikowanego, ale połączenie jest perfekcyjne.
Z włoskich nasza ulubiona to Parma e Rucola. Zjawiskowo zrumieniona szynka parmeńska, posypana rukolą i płatkami parmezanu.
Jak zauważyliście nie ma tam wielu składników. To nie tego typu patent. Tam na pizzy są 3 składniki, ale wszystkie najwyższej jakości. I to działa. Do tego doskonałe ciasto i mamy najlepszą pizzę w tym mieście.
Można brać mezzo-mezzo (pół na pół).
Z deserów jedliśmy wszystko ale naszymi ulubionymi są Tartuffo - czekoladowe i kawowe. Kulka lodów obtoczona w dobrociach i wypełniona w środku sosem. I znowu - prostota. Ale nieoszukane składniki i bezbłędne wykonanie powodują, że chce się wylizać talerz.
Jak zdążyliście się zorientować menu jest krótkie. Nie bez powodu - właśnie dlatego są w stanie mieć wszystko świeże. Jak widzę wielostronicowe menu w knajpie to mam ochotę wyjść...
Cóż jeszcze można dodać. Jako jedyna znana mi restauracja mają naprawdę duży wybór niszowych piw z małych browarów. Lany czeski Litovel - jasny i ciemny. Piwo dostajemy w mrożonym kuflu. Naprawę dbają o każdy szczegół.
Działają od ponad roku i utrzymują poziom.
Siedziałem tam dziś i szukałem na potrzeby tego wpisu czegoś do czego mógłbym się przyczepić. A lubię się przy... - nie powiem. No i tak siedziałem, myślałem i przyszła miła pani kelnerka, przyniosła pizzę i jakoś wyleciało mi to z głowy. Wyleciało mi z niej też robienie zdjęć.Przepraszam za ich brak, ale musiałem walczyć ze swoją piękniejszą połową o pożywienie. :)
2 osoby - duża pizza na pół, dwa desery, piwo i napój = 68zł.
Garden Pizza.
Wyświetl większą mapę
Nasze piciu i amciu
Krakowskie bachanalia kulinarno alkoholowe.
sobota, 10 grudnia 2011
środa, 20 kwietnia 2011
Cholerne krakowskie centusie - Krakowski Kredens
W dniu dzisiejszym nabyłem w drodze kupna ekskluzywną czekoladę Krakowski Kredens - Czekolada z Różą.
Piękne pudełko robiło smaka:
Pudełko zamknięte jak ruska konserwa (jak się za chwilę okaże nie bez powodu). Po użyciu noża i wydobyciu zawartości na światło dzienne, wydobyłem z siebie jęk.
Oczywiście posypanie czekolady różą wyłącznie w miejscu okienka w pudełu jest całkowitym przypadkiem. Przecież Krakowski Kredens Sp. z o.o. ul. Pilotów 6, 30-964 nie mógł mieć na cełu oszukania klientów i naciągnięcia ich na pseudo-ekskluzywną czekoladę za dychę. Do samej masy czekoladowej róży również przez niedopatrzenie zapomnieli dodać.
A właśnie. Róży. Płatki róży w Krakowskim Kredensie mają skład: cukier, kwiaty róży 2%, guma arabska, aromat, E120 - naturalny barwnik.
Sue our ass!
Piękne pudełko robiło smaka:
Pudełko zamknięte jak ruska konserwa (jak się za chwilę okaże nie bez powodu). Po użyciu noża i wydobyciu zawartości na światło dzienne, wydobyłem z siebie jęk.
A właśnie. Róży. Płatki róży w Krakowskim Kredensie mają skład: cukier, kwiaty róży 2%, guma arabska, aromat, E120 - naturalny barwnik.
Sue our ass!
niedziela, 20 marca 2011
Włochy w Krakowie czyli Sycylia na Dietla
Oryginalni to my tym razem nie będziemy.
Oczywiście do wizyt w tym przybytku kulinarnego szczęścia zapłodnił nas Mistrz Nowicki.
I cóż powiedzieć - byliśmy tam dwa razy w ciągu tygodnia.
Lokalik naprawdę niepozorny, wystrój mało przytulny, ale właśnie takie bywają knajpeczki na włoskiej prowincji. A tą znamy nieźle ze względu na hobby wymagające częstych wizyt w regionie Veneto.
Właściciel wita gości, jest po włosku wylewny i serdeczny. Mówi nieźle po polsku.
Karta prosta, w miarę krótka, dająca nadzieję na świeżość używanych produktów.
I to jedzenie jest przecudnie włoskie i proste. Nie znajdziemy tu fikuśnych dań, ale to co jest jest takie jak trzeba. Jak zupa pomidorowa, to aż chce nas tą swoją pomidorowością zamordować - tak smakiem jak i kawałkami nie zmiksowanych pomidorów odnajdywanymi co jakiś czas z rozkoszą. Jak pesto to pesto - ze świeżej bazylii, grubo siekanych orzechów i nie oszukiwanego sera. Zjawiskowa panna cotta z tajemniczym sosem owocowo cynamonowym. Lepszą pizzę serową jadłem tylko w Tolmezzo.
A lasagne? To jest naprawdę mistrzostwo świata. Najlepsze czego się można w kaszym kraju spodziewać to tym daniu, to, że będzie utopiona w wystarczającej ilości przyzwoitego sosu pomidorowego. Tu mamy perfekcyjną równowagę pomidorów i cudownej, kremowej łagodności sosu beszamelowego. Makaron idealnie al-dente miejscami spieczony na chrupko. Gdyby wszystko inne było tam niejadalne, to na samą lasagne byśmy przyjeżdżali.
Czy można się do czegoś przyczepić? Jak zwykle da radę. Łososia w farfalle było trochę kryzysowo, brakowało też sera. Ser zamówiliśmy dodatkowo, a samo danie i tak było pyszne. Jednak piętą achillesową tego lokalu jest kawa. Po cudownym posiłku wywołującym błogi uśmiech i kocie pomrukiwanie przychodzi pora na kawę. I ta kawa była oczywiście lepsza niż w większości lokali. Ale jednak we włoskiej skali to była taka se. Na pewno nie 100% arabica. A sądząc po smaku espresso, to i z samym procesem parzenia coś było nie tak. To oczywiście wina wymagań wywindowanych przez boskie jedzenie, a i dodać trzeba, że kawowo zepsuci jesteśmy, mając w domu kawę nie gorszą od najlepszych w mieście (o tym co i jak - innym razem). Ale jednak zamiast wisienki na torcie mamy lekki zgrzyt.
Tyle, że to naprawdę szczegół. Ujmę to tak: siedząc tam i pochłaniając te wszystkie włoskie cudowności co chwilę łapałem się na tym, że patrzę w okno i spodziewam się zupełnie innego widoku. I tak patrzyłem się przez to okno na Kraków i jakoś to nie pasowało zupełnie. Zupełnie nie pasowało...
Oczywiście do wizyt w tym przybytku kulinarnego szczęścia zapłodnił nas Mistrz Nowicki.
I cóż powiedzieć - byliśmy tam dwa razy w ciągu tygodnia.
Lokalik naprawdę niepozorny, wystrój mało przytulny, ale właśnie takie bywają knajpeczki na włoskiej prowincji. A tą znamy nieźle ze względu na hobby wymagające częstych wizyt w regionie Veneto.
Właściciel wita gości, jest po włosku wylewny i serdeczny. Mówi nieźle po polsku.
Karta prosta, w miarę krótka, dająca nadzieję na świeżość używanych produktów.
I to jedzenie jest przecudnie włoskie i proste. Nie znajdziemy tu fikuśnych dań, ale to co jest jest takie jak trzeba. Jak zupa pomidorowa, to aż chce nas tą swoją pomidorowością zamordować - tak smakiem jak i kawałkami nie zmiksowanych pomidorów odnajdywanymi co jakiś czas z rozkoszą. Jak pesto to pesto - ze świeżej bazylii, grubo siekanych orzechów i nie oszukiwanego sera. Zjawiskowa panna cotta z tajemniczym sosem owocowo cynamonowym. Lepszą pizzę serową jadłem tylko w Tolmezzo.
A lasagne? To jest naprawdę mistrzostwo świata. Najlepsze czego się można w kaszym kraju spodziewać to tym daniu, to, że będzie utopiona w wystarczającej ilości przyzwoitego sosu pomidorowego. Tu mamy perfekcyjną równowagę pomidorów i cudownej, kremowej łagodności sosu beszamelowego. Makaron idealnie al-dente miejscami spieczony na chrupko. Gdyby wszystko inne było tam niejadalne, to na samą lasagne byśmy przyjeżdżali.
Czy można się do czegoś przyczepić? Jak zwykle da radę. Łososia w farfalle było trochę kryzysowo, brakowało też sera. Ser zamówiliśmy dodatkowo, a samo danie i tak było pyszne. Jednak piętą achillesową tego lokalu jest kawa. Po cudownym posiłku wywołującym błogi uśmiech i kocie pomrukiwanie przychodzi pora na kawę. I ta kawa była oczywiście lepsza niż w większości lokali. Ale jednak we włoskiej skali to była taka se. Na pewno nie 100% arabica. A sądząc po smaku espresso, to i z samym procesem parzenia coś było nie tak. To oczywiście wina wymagań wywindowanych przez boskie jedzenie, a i dodać trzeba, że kawowo zepsuci jesteśmy, mając w domu kawę nie gorszą od najlepszych w mieście (o tym co i jak - innym razem). Ale jednak zamiast wisienki na torcie mamy lekki zgrzyt.
Tyle, że to naprawdę szczegół. Ujmę to tak: siedząc tam i pochłaniając te wszystkie włoskie cudowności co chwilę łapałem się na tym, że patrzę w okno i spodziewam się zupełnie innego widoku. I tak patrzyłem się przez to okno na Kraków i jakoś to nie pasowało zupełnie. Zupełnie nie pasowało...
| Panna Cotta nie dotrwała do sesji foto... |
wtorek, 8 marca 2011
Delibar. Kuchania węgierska. Meiselsa 5.
Jechaliśmy ostatnio Stradomiem. Głodni. Mieliśmy pomysł na jedynego prawdziwego chińczyka w Krakowie (o tym miejscu niebawem).
Jednak po drodze przypomniałem sobie o tym węgierskim miejscu. No i było bliżej i po drodze, więc wstąpiliśmy.
Lokal nawet dość przytulny, tylko wejście mają wspólne z jakimś salonem gier losowych z którego niemożebnie wali papierosami. Ale dalej jest już ok.
Menu bardzo długie (czytaj - za długie), składające się z autorskich wynalazków szefa kuchni oraz z dań tradycyjnej kuchni węgierskiej.
Wiedzeni chyba szóstym zmysłem zamówiliśmy wszystko na pół:
- tradycyjna zupa rybna Halászlé - 13,50zł
- Schab po myśliwsku podsmażany z pieczarkami i gęsią wątróbką Vadász szelet - 22,00zł
- Naleśnik z masą orzechową i polewą czekoladową Gundel palacsinta - 9,00zł
Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę, ponieważ wyszliśmy najedzeni po dziurki w nosie. Ja naprawdę nie mam pomysłu jak można zjeść dwa razy tyle.
Ale do rzeczy:
Zupa. Małmazja. Konkuruje o zaszczytny tytuł najlepszej zupy rybnej w Krakowie z dotąd nie kwestionowaną królową. Nie jest jakoś super podana - zupa, a w niej kawał ryby. Ale aromaty jakie ma w sobie są naprawdę boskie. No i jest ostra. Ostra w ten fajny sposób, który nie rzuca na kolana na początku, ale pod koniec mamy już dokładnie przeczyszczone zatoki.
Drugie. Mięso w jakimś takim dziwnie kwaśnym i strasznie tłustym sosie z wątróbką i pieczarkami. Takie sobie. Tego akurat nie jadłem będąc na Węgrzech, ale smakuje tak sobie. Do tego niezłe gałuszki i surówka ze słoika. Wysoki stosunek ilości kalorii do ceny, ale poza tym entuzjazmu brak. A nawet stanowcze "eee tam".
Naleśniki. I tu znowu strzał w dziesiątkę. Masa orzechowa składa się głównie z orzechów, a czekolada jest intensywna, gorzka, czarna, pyszna i jest jej mnóstwo. Gdyby nie inni goście, wylizałbym talerz.
Knajpeczka się stara, starania te zdradzają chyba pewną desperację. Jakieś miliony promocji, happy hour, rzucanie kostkami przy płaceniu rachunku (3 szóstki - nic nie płacimy, 3 takie same liczby - płacimy 50%)...
Osobiście wolałbym jakby skrócili menu do jednej strony i gotowali lepiej i ze świeżych produktów. Nie bez powodu zupa i deser (a więc to co łatwo przechowywać) było pyszne. Mam wrażenie, że drugie padło ofiarą oszczędności i zbyt długiego menu.
Podsumowanie - jak macie ochotę na rozgrzewającą zupę rybną w zimny wieczór, albo na pyszny deser - walcie jak w dym. Drugie dania - na własną odpowiedzialność...
Jednak po drodze przypomniałem sobie o tym węgierskim miejscu. No i było bliżej i po drodze, więc wstąpiliśmy.
Lokal nawet dość przytulny, tylko wejście mają wspólne z jakimś salonem gier losowych z którego niemożebnie wali papierosami. Ale dalej jest już ok.
Menu bardzo długie (czytaj - za długie), składające się z autorskich wynalazków szefa kuchni oraz z dań tradycyjnej kuchni węgierskiej.
Wiedzeni chyba szóstym zmysłem zamówiliśmy wszystko na pół:
- tradycyjna zupa rybna Halászlé - 13,50zł
- Schab po myśliwsku podsmażany z pieczarkami i gęsią wątróbką Vadász szelet - 22,00zł
- Naleśnik z masą orzechową i polewą czekoladową Gundel palacsinta - 9,00zł
Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę, ponieważ wyszliśmy najedzeni po dziurki w nosie. Ja naprawdę nie mam pomysłu jak można zjeść dwa razy tyle.
Ale do rzeczy:
Zupa. Małmazja. Konkuruje o zaszczytny tytuł najlepszej zupy rybnej w Krakowie z dotąd nie kwestionowaną królową. Nie jest jakoś super podana - zupa, a w niej kawał ryby. Ale aromaty jakie ma w sobie są naprawdę boskie. No i jest ostra. Ostra w ten fajny sposób, który nie rzuca na kolana na początku, ale pod koniec mamy już dokładnie przeczyszczone zatoki.
Drugie. Mięso w jakimś takim dziwnie kwaśnym i strasznie tłustym sosie z wątróbką i pieczarkami. Takie sobie. Tego akurat nie jadłem będąc na Węgrzech, ale smakuje tak sobie. Do tego niezłe gałuszki i surówka ze słoika. Wysoki stosunek ilości kalorii do ceny, ale poza tym entuzjazmu brak. A nawet stanowcze "eee tam".
Naleśniki. I tu znowu strzał w dziesiątkę. Masa orzechowa składa się głównie z orzechów, a czekolada jest intensywna, gorzka, czarna, pyszna i jest jej mnóstwo. Gdyby nie inni goście, wylizałbym talerz.
Knajpeczka się stara, starania te zdradzają chyba pewną desperację. Jakieś miliony promocji, happy hour, rzucanie kostkami przy płaceniu rachunku (3 szóstki - nic nie płacimy, 3 takie same liczby - płacimy 50%)...
Osobiście wolałbym jakby skrócili menu do jednej strony i gotowali lepiej i ze świeżych produktów. Nie bez powodu zupa i deser (a więc to co łatwo przechowywać) było pyszne. Mam wrażenie, że drugie padło ofiarą oszczędności i zbyt długiego menu.
Podsumowanie - jak macie ochotę na rozgrzewającą zupę rybną w zimny wieczór, albo na pyszny deser - walcie jak w dym. Drugie dania - na własną odpowiedzialność...
Ciągle bywamy - Mangia - ul Pilotów, naprzeciw KrakChemii
Jest takie miejsce naprzeciw Ś.P. KrakChemii (aktualnie Alma) na ul Pilotów, gdzie jemy przynajmniej jeden obiad w tygodniu.
Miejsce nie rzuca się w oczy. Estetyczne z zewnątrz i wewnątrz, ale niespecjalnie przytulne. Takie ... zwyczajne.
I to jest jego największa zaleta.
Tam po prostu od wielu lat można zjeść dobry obiad w ludzkiej cenie. Tylko tyle i aż tyle.
Zacznijmy od zup.
Rosół. Powiecie - nuda. No niby nuda, ale w 95% lokali schrzaniona nuda. A w Mangii jest najlepszy rosół jaki jadłem w życiu. Ciemny, wołowy, przykro mi to pisać, ale moja mama robi gorszy. Kocham Cię mamo.
Borowikowa. Dobra borowikowa. Z borowikami. W sezonie pyszna botwinka. Niestety nie zjecie już zjawiskowego barszczu ukraińskiego (barszczu wróć!!!).
Cebulowa. Dobra, ale bez zachwytów.
Jak widać na załączonym menu dominuje kuchnia polska. I to w najlepszym wydaniu.
Nie będziemy zadręczać was wymienianiem pozostałych dań (a chyba próbowaliśmy wszystkiego), powiemy tyle - wszystkie polskie standardy są najwyższej jakości. A wiele jest urozmaiconych jakimiś zagranicznymi dodatkami (np. w botwince pływa jajko na jakąś francuską modłę).
Załączamy zdjęcia menu:
W pamięci utkwiły mi: mięsa w sosie z kurkami (obłęd), sos pieprzny do kurczaka z grilla, surówka z selera (niestety sezonowa), świetny łosoś, czy np omlet z marmoladą - wysilcie pamięć - jak u babci. Wymieniać można bez końca. Regularnie walczymy z pokusą wylizania talerza.
Jak zwykle można się do paru rzeczy przyczepić. Jako, że knajpeczka nastawiona jest na polskie jedzenie, to i tacy klienci tam się stołują. W efekcie chyba bardziej wyszukane dania zamawiane są rzadziej. Co z kolei skutkuje ich niższą jakością.
Kiedyś, po krótkiej dyskusji z szefem na temat steków, dałem się namówić na jakiś kawałek polskiej wołowiny (bodajże antrykot). Efekt pomińmy litościwie milczeniem. Zaryzykowałem też coś z jagnięciny. Powiedzmy, że to jagnię miało długie i satysfakcjonujące życie...
Piszę to z bólem serca, bo naprawdę uwielbiam ten lokal. Ale fikuśne wynalazki nie są jego mocną stroną. Kochana Mangio - jeżeli nie jesteście w stanie zaproponować dobrej jagnięciny czy wołowiny w sensownej cenie, to wywalcie ją z menu. Szkoda sobie zrażać klientów. Ja rozumiem, że porządny stek kosztuje tyle, że w menu musiałby być po 100zł, ale nie fundujmy sobie i klientom złudzeń a potem rozczarowań.
W sezonie świątecznym są w ofercie specjały na wynos. Drogo, ale perfekcyjnie. Znajoma bryluje w rodzinie pysznymi uszkami z grzybami. Gdyby rodzina wiedziała... ;-)
Poza menu stałym są dania sezonowe, różne pyszne ciasta i przekąski. Można wymieniać surówki i dodatki, można płacić kartą. W porze obiadu bywa pełno.
Dla mnie jednak najważniejsza sprawa to utrzymywany od wielu lat wysoki poziom.
Zdecydowanie polecamy!
Miejsce nie rzuca się w oczy. Estetyczne z zewnątrz i wewnątrz, ale niespecjalnie przytulne. Takie ... zwyczajne.
I to jest jego największa zaleta.
Tam po prostu od wielu lat można zjeść dobry obiad w ludzkiej cenie. Tylko tyle i aż tyle.
Zacznijmy od zup.
Rosół. Powiecie - nuda. No niby nuda, ale w 95% lokali schrzaniona nuda. A w Mangii jest najlepszy rosół jaki jadłem w życiu. Ciemny, wołowy, przykro mi to pisać, ale moja mama robi gorszy. Kocham Cię mamo.
Borowikowa. Dobra borowikowa. Z borowikami. W sezonie pyszna botwinka. Niestety nie zjecie już zjawiskowego barszczu ukraińskiego (barszczu wróć!!!).
Cebulowa. Dobra, ale bez zachwytów.
Jak widać na załączonym menu dominuje kuchnia polska. I to w najlepszym wydaniu.
Nie będziemy zadręczać was wymienianiem pozostałych dań (a chyba próbowaliśmy wszystkiego), powiemy tyle - wszystkie polskie standardy są najwyższej jakości. A wiele jest urozmaiconych jakimiś zagranicznymi dodatkami (np. w botwince pływa jajko na jakąś francuską modłę).
Załączamy zdjęcia menu:
W pamięci utkwiły mi: mięsa w sosie z kurkami (obłęd), sos pieprzny do kurczaka z grilla, surówka z selera (niestety sezonowa), świetny łosoś, czy np omlet z marmoladą - wysilcie pamięć - jak u babci. Wymieniać można bez końca. Regularnie walczymy z pokusą wylizania talerza.
Jak zwykle można się do paru rzeczy przyczepić. Jako, że knajpeczka nastawiona jest na polskie jedzenie, to i tacy klienci tam się stołują. W efekcie chyba bardziej wyszukane dania zamawiane są rzadziej. Co z kolei skutkuje ich niższą jakością.
Kiedyś, po krótkiej dyskusji z szefem na temat steków, dałem się namówić na jakiś kawałek polskiej wołowiny (bodajże antrykot). Efekt pomińmy litościwie milczeniem. Zaryzykowałem też coś z jagnięciny. Powiedzmy, że to jagnię miało długie i satysfakcjonujące życie...
Piszę to z bólem serca, bo naprawdę uwielbiam ten lokal. Ale fikuśne wynalazki nie są jego mocną stroną. Kochana Mangio - jeżeli nie jesteście w stanie zaproponować dobrej jagnięciny czy wołowiny w sensownej cenie, to wywalcie ją z menu. Szkoda sobie zrażać klientów. Ja rozumiem, że porządny stek kosztuje tyle, że w menu musiałby być po 100zł, ale nie fundujmy sobie i klientom złudzeń a potem rozczarowań.
W sezonie świątecznym są w ofercie specjały na wynos. Drogo, ale perfekcyjnie. Znajoma bryluje w rodzinie pysznymi uszkami z grzybami. Gdyby rodzina wiedziała... ;-)
Poza menu stałym są dania sezonowe, różne pyszne ciasta i przekąski. Można wymieniać surówki i dodatki, można płacić kartą. W porze obiadu bywa pełno.
Dla mnie jednak najważniejsza sprawa to utrzymywany od wielu lat wysoki poziom.
Zdecydowanie polecamy!
| Kompot nie dotrwał do sesji foto... |
czwartek, 27 stycznia 2011
Mamma Mia. Karmelicka 14. Kurcze, dobrze, no naprawdę dobrze.
Na początku Karmelickiej jest po lewej pod numerem 14 włoska knajpa. Mamma mia.
I co tu dużo pisać - jest to najlepsza jaką znamy włoska knajpa w tym mieście.
Większość potraw nie odstaje od tego co możemy zjeść na włoskiej prowincji.
Link do menu.
Moim ulubionym testem włoskich restauracji jest Carbonara. To pozornie banalne danie zazwyczaj w 3 sekundy obnaża braki pseudo-włoskich lokali.
Jaki jest skład prawdziwej Carbonary? Ano makaron, jajo, ser typu parmezan, włoski boczek i przyprawy (oliwa, sól, pieprz). Kropka.
ŻADNEJ ŚMIETANY ! ! ! ! !
Jak widać do Carbonary mam dość emocjonalny stosunek.
Dlaczego to dobry test? Ano bo po pierwsze parmezan jest drogi (oszczędności), a po drugie po zmieszaniu składników trzeba idealnie trafić z temperaturą makaronu i ilością sosu, tak aby tenże osiągnął kremową konsystencję - nie ściął się na jajecznicę i nie pozostał płynny. Idąc na łatwiznę 95% knajp dodaje dla zagęszczenia śmietany, a kto wie czy nie mąki. Ostatnia sprawa to boczek. Otóż nie, polski boczek nie smakuje tak samo jak włoski. No sorry, nie, po prostu nie.
W Mamma Mia Carbonara jest taka jak należy.
Weźmy parę innych przykładów:
Insalata di carciofi. Naprawdę zawiera serca karczochów. Nie jakieś ogryzki, liście i inne badziewie, ale serca karczochów. Drogie serca karczochów. I jest ich nawet powiedziałbym za dużo. Mam nadzieję, że władze Mamma mia tego nie przeczytają. Do tego zjawiskowe grzanki z kozim serem. Nie lubię koziego sera. Lubię te grzanki. Dziwne...
Gnocchi verdi ai formaggi. Czyli gnocchi szpinakowe w sosie serowym posypane orzechami. Brzmi orgiastycznie i takież jest.
Tagliatelle con pollo e pere. Makaron w delikatnym sosie curry z kurczakiem i gruszkami posypany prażonymi płatkami migdałów. Małmazja.
Zupa pomidorowo-paprykowa. Pomidory są pomidorami, papryka papryką, bazylia bazylią a grzanki grzankami. Zwłaszcza zimą jest to rozgrzewająca rozkosz.
Niestety nie spenetrowaliśmy dań mięsnych i rybnych. Trochę ceny odstraszają.
Acha - pizza też dobra. I kawa. I wino na kieliszki. :-)
W zasadzie można by na tym poprzestać, ale jednak trzeba kroplę dziegciu do tej beczki miodu wkropić.
Pierwsza sprawa to tiramisu. Obecności amaretto w herbatnikach nie stwierdzono. Na uwagę, menadżerka sali coś tam ściemniała w stylu, że się nie znamy.
Druga to raz, kiedy byliśmy tam na obiedzie i jakoś tak było słabiej. Wszystko jakieś takie byle jakie. Nigdy więcej nie stwierdziliśmy takiego spadku formy. Widać wypadek przy pracy, może jakiś konkretny kucharz.
Czepianie się, ale w lokalu tej klasy to już nie ma zmiłuj.
Bottom line - bywamy regularnie.
Jeszcze odnośnie cen - pójście do Mamma Mia na pełny obiad z deserem, kawą i winem do oporu skutkuje rachunkiem 200zł na 2 osoby. Boli.
Jednak zachowując pewną dyscyplinę można wpaść na zjawiskowy makaron za 20zł. A wodę kupić w Kefirku nieopodal.
I co tu dużo pisać - jest to najlepsza jaką znamy włoska knajpa w tym mieście.
Większość potraw nie odstaje od tego co możemy zjeść na włoskiej prowincji.
Link do menu.
Moim ulubionym testem włoskich restauracji jest Carbonara. To pozornie banalne danie zazwyczaj w 3 sekundy obnaża braki pseudo-włoskich lokali.
Jaki jest skład prawdziwej Carbonary? Ano makaron, jajo, ser typu parmezan, włoski boczek i przyprawy (oliwa, sól, pieprz). Kropka.
ŻADNEJ ŚMIETANY ! ! ! ! !
Jak widać do Carbonary mam dość emocjonalny stosunek.
Dlaczego to dobry test? Ano bo po pierwsze parmezan jest drogi (oszczędności), a po drugie po zmieszaniu składników trzeba idealnie trafić z temperaturą makaronu i ilością sosu, tak aby tenże osiągnął kremową konsystencję - nie ściął się na jajecznicę i nie pozostał płynny. Idąc na łatwiznę 95% knajp dodaje dla zagęszczenia śmietany, a kto wie czy nie mąki. Ostatnia sprawa to boczek. Otóż nie, polski boczek nie smakuje tak samo jak włoski. No sorry, nie, po prostu nie.
W Mamma Mia Carbonara jest taka jak należy.
Weźmy parę innych przykładów:
Insalata di carciofi. Naprawdę zawiera serca karczochów. Nie jakieś ogryzki, liście i inne badziewie, ale serca karczochów. Drogie serca karczochów. I jest ich nawet powiedziałbym za dużo. Mam nadzieję, że władze Mamma mia tego nie przeczytają. Do tego zjawiskowe grzanki z kozim serem. Nie lubię koziego sera. Lubię te grzanki. Dziwne...
Gnocchi verdi ai formaggi. Czyli gnocchi szpinakowe w sosie serowym posypane orzechami. Brzmi orgiastycznie i takież jest.
Tagliatelle con pollo e pere. Makaron w delikatnym sosie curry z kurczakiem i gruszkami posypany prażonymi płatkami migdałów. Małmazja.
Zupa pomidorowo-paprykowa. Pomidory są pomidorami, papryka papryką, bazylia bazylią a grzanki grzankami. Zwłaszcza zimą jest to rozgrzewająca rozkosz.
Niestety nie spenetrowaliśmy dań mięsnych i rybnych. Trochę ceny odstraszają.
Acha - pizza też dobra. I kawa. I wino na kieliszki. :-)
W zasadzie można by na tym poprzestać, ale jednak trzeba kroplę dziegciu do tej beczki miodu wkropić.
Pierwsza sprawa to tiramisu. Obecności amaretto w herbatnikach nie stwierdzono. Na uwagę, menadżerka sali coś tam ściemniała w stylu, że się nie znamy.
Druga to raz, kiedy byliśmy tam na obiedzie i jakoś tak było słabiej. Wszystko jakieś takie byle jakie. Nigdy więcej nie stwierdziliśmy takiego spadku formy. Widać wypadek przy pracy, może jakiś konkretny kucharz.
Czepianie się, ale w lokalu tej klasy to już nie ma zmiłuj.
Bottom line - bywamy regularnie.
Jeszcze odnośnie cen - pójście do Mamma Mia na pełny obiad z deserem, kawą i winem do oporu skutkuje rachunkiem 200zł na 2 osoby. Boli.
Jednak zachowując pewną dyscyplinę można wpaść na zjawiskowy makaron za 20zł. A wodę kupić w Kefirku nieopodal.
piątek, 21 stycznia 2011
Risotto z łososiem i mascarpone
Ten przepis wyszedł nam przez przypadek. Coś chcieliśmy ugotować, padło na risotto, a jeśli chodzi o dodatki to akurat staliśmy przy półce z rybami...
Na drodze kilku kolejnych realizacjach przepis został udoskonalony i teraz wychodzi ze 100% skutecznością.
Będziemy potrzebowali:
No to lecimy:
1. Myjemy, obieramy i kroimy warzywa.
2. Na wielkiej patelni, lub w płaskim garnku (duża powierzchnia parowania) smażymy na maśle cebulę. Można tylko zeszklić, próbowaliśmy też lekko zrumienić - niewielka różnica w smaku. Pod koniec dorzucamy czosnek i pora. Nie żałować masła. Nie przypalić - duża teflonowa patelnia jest idealna.
3. Jak nam to wszystko zmięknie to wsypujemy ryż. Teoria jest taka, że ryż ma się zeszklić, ale bardzo ciężko jest to uzyskać. Znowu - nie żałujemy masła. Zmniejszamy ogień do minimum.
Taki ryż udało nam się ostatnio uzyskać:
4. Kiedy już nam się znudzi smażenie ryżu (5-10 minut), wlewamy pół wina. Od tego momentu ważne jest, żeby ogień był minimalny - ryż ma wchłonąć wino, więc nie chcemy, żeby całe wyleciało przez okap. W razie użycia za dużej ilości masła, można nadmiar zebrać z powierzchni płynu.
5. Przygotowujemy sobie 2-3 szklanki z bulionem. Oczywiście można ugotować dzień wcześniej bulion, ale cóż - nam się nie chce i używamy kostek (warzywnych, choć następnym razem spróbujemy rybnej).
Dygresja:
Jeśli użyjemy 2 kostek, to risotto będzie w sam raz lekko słone, jak 3 to lekko przesolone. Takie risotto bosko się komponuje z mascarpone. Zresztą w ten sposób odkryliśmy tę kombinację - po użyciu 4 kostek było słone jak diabli, żeby dało się je zjeść to wygrzebaliśmy z lodówki serek. Czyli w skrócie:
2 kostki - risotto w sam raz, mascarpone opcjonalne.
3 kostki - risotto lekko za słone, mascarpone obowiązkowe
4 kostki - dla wielbicieli soli
Następnym razem planujemy użyć 2.75 kostki ;-)
6. Dalej postępujemy wg zasady, że płynu ma być tylko tyle, żeby przykryć ryż, a ogień, taki, żeby "pyrkało". W miarę jak ryż wciąga wodę, dolewamy kolejne kubki bulionu, a jak ryż będzie dalej twardy to wody.
7. W momencie kiedy ryż nam już pasuje (ma być lekko twardawy, zupełnie miękki ryż, to obraza włoskiej kuchni), wrzucamy pokrojonego na kawałki łososia oraz starty ser. Mieszamy i odstawiamy na 2-3 minuty. Ten czas pozwoli serowi się rozpuścić, a samo risotto będzie mniej ciapowate.
Na talerzach dodajemy po hojnej łyżce mascarpone i ew posypujemy posiekanym koperkiem.
Niestety przy każdym kolejnym risotto, zaraz po zrobieniu nie ma chętnych do robienia zdjęć, bo wszyscy zajęci są walką o pokarm. Tak więc zdjęcia niebawem...
Na drodze kilku kolejnych realizacjach przepis został udoskonalony i teraz wychodzi ze 100% skutecznością.
Będziemy potrzebowali:
- ryż do risotto - paczka 500g. Nie stwierdziliśmy wyższości włoskiego ryżu za dychę nad polskim za piątkę. Byle był "arborio" i do risotto. Zazwyczaj kupujemy "kupca" ;)
- wino białe. Powinno być wytrawne, ale, że nie gustujemy w białych winach to najczęściej lejemy mołdawskiego muskata za 11zł, którego reszta znika w trakcie gotowania. Ten muskat jest stosunkowo mało słodki (oficjalnie pół-wytrawny). Słodsze wino to już jednak mogłoby być przegięcie.
- masło
- por - jeden duży lub dwa małe
- jedna duża cebula, lub dwie małe
- bulion ze świeżych warzyw, mięs i ryb, lub 2-3 kostki rosołowe... :-P
- wędzony łosoś 250g
- ser typu parmezan (pecorino romano, grana padano lub podobne) - 200-250g. W sklepie trzeba powalczyć o kawałek z jak najmniejszą ilością skóry. We Włoszech w sklepie skórę odkrawają, u nas każą za nią płacić.
- świeży koper
- serek mascarpone
- czosnek -2/3 ząbki. Czosnku nigdy dość... :)
No to lecimy:
1. Myjemy, obieramy i kroimy warzywa.
2. Na wielkiej patelni, lub w płaskim garnku (duża powierzchnia parowania) smażymy na maśle cebulę. Można tylko zeszklić, próbowaliśmy też lekko zrumienić - niewielka różnica w smaku. Pod koniec dorzucamy czosnek i pora. Nie żałować masła. Nie przypalić - duża teflonowa patelnia jest idealna.
3. Jak nam to wszystko zmięknie to wsypujemy ryż. Teoria jest taka, że ryż ma się zeszklić, ale bardzo ciężko jest to uzyskać. Znowu - nie żałujemy masła. Zmniejszamy ogień do minimum.
Taki ryż udało nam się ostatnio uzyskać:
4. Kiedy już nam się znudzi smażenie ryżu (5-10 minut), wlewamy pół wina. Od tego momentu ważne jest, żeby ogień był minimalny - ryż ma wchłonąć wino, więc nie chcemy, żeby całe wyleciało przez okap. W razie użycia za dużej ilości masła, można nadmiar zebrać z powierzchni płynu.
5. Przygotowujemy sobie 2-3 szklanki z bulionem. Oczywiście można ugotować dzień wcześniej bulion, ale cóż - nam się nie chce i używamy kostek (warzywnych, choć następnym razem spróbujemy rybnej).
Dygresja:
Jeśli użyjemy 2 kostek, to risotto będzie w sam raz lekko słone, jak 3 to lekko przesolone. Takie risotto bosko się komponuje z mascarpone. Zresztą w ten sposób odkryliśmy tę kombinację - po użyciu 4 kostek było słone jak diabli, żeby dało się je zjeść to wygrzebaliśmy z lodówki serek. Czyli w skrócie:
2 kostki - risotto w sam raz, mascarpone opcjonalne.
3 kostki - risotto lekko za słone, mascarpone obowiązkowe
4 kostki - dla wielbicieli soli
Następnym razem planujemy użyć 2.75 kostki ;-)
6. Dalej postępujemy wg zasady, że płynu ma być tylko tyle, żeby przykryć ryż, a ogień, taki, żeby "pyrkało". W miarę jak ryż wciąga wodę, dolewamy kolejne kubki bulionu, a jak ryż będzie dalej twardy to wody.
7. W momencie kiedy ryż nam już pasuje (ma być lekko twardawy, zupełnie miękki ryż, to obraza włoskiej kuchni), wrzucamy pokrojonego na kawałki łososia oraz starty ser. Mieszamy i odstawiamy na 2-3 minuty. Ten czas pozwoli serowi się rozpuścić, a samo risotto będzie mniej ciapowate.
Na talerzach dodajemy po hojnej łyżce mascarpone i ew posypujemy posiekanym koperkiem.
Niestety przy każdym kolejnym risotto, zaraz po zrobieniu nie ma chętnych do robienia zdjęć, bo wszyscy zajęci są walką o pokarm. Tak więc zdjęcia niebawem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)