Jechaliśmy ostatnio Stradomiem. Głodni. Mieliśmy pomysł na jedynego prawdziwego chińczyka w Krakowie (o tym miejscu niebawem).
Jednak po drodze przypomniałem sobie o tym węgierskim miejscu. No i było bliżej i po drodze, więc wstąpiliśmy.
Lokal nawet dość przytulny, tylko wejście mają wspólne z jakimś salonem gier losowych z którego niemożebnie wali papierosami. Ale dalej jest już ok.
Menu bardzo długie (czytaj - za długie), składające się z autorskich wynalazków szefa kuchni oraz z dań tradycyjnej kuchni węgierskiej.
Wiedzeni chyba szóstym zmysłem zamówiliśmy wszystko na pół:
- tradycyjna zupa rybna Halászlé - 13,50zł
- Schab po myśliwsku podsmażany z pieczarkami i gęsią wątróbką Vadász szelet - 22,00zł
- Naleśnik z masą orzechową i polewą czekoladową Gundel palacsinta - 9,00zł
Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę, ponieważ wyszliśmy najedzeni po dziurki w nosie. Ja naprawdę nie mam pomysłu jak można zjeść dwa razy tyle.
Ale do rzeczy:
Zupa. Małmazja. Konkuruje o zaszczytny tytuł najlepszej zupy rybnej w Krakowie z dotąd nie kwestionowaną królową. Nie jest jakoś super podana - zupa, a w niej kawał ryby. Ale aromaty jakie ma w sobie są naprawdę boskie. No i jest ostra. Ostra w ten fajny sposób, który nie rzuca na kolana na początku, ale pod koniec mamy już dokładnie przeczyszczone zatoki.
Drugie. Mięso w jakimś takim dziwnie kwaśnym i strasznie tłustym sosie z wątróbką i pieczarkami. Takie sobie. Tego akurat nie jadłem będąc na Węgrzech, ale smakuje tak sobie. Do tego niezłe gałuszki i surówka ze słoika. Wysoki stosunek ilości kalorii do ceny, ale poza tym entuzjazmu brak. A nawet stanowcze "eee tam".
Naleśniki. I tu znowu strzał w dziesiątkę. Masa orzechowa składa się głównie z orzechów, a czekolada jest intensywna, gorzka, czarna, pyszna i jest jej mnóstwo. Gdyby nie inni goście, wylizałbym talerz.
Knajpeczka się stara, starania te zdradzają chyba pewną desperację. Jakieś miliony promocji, happy hour, rzucanie kostkami przy płaceniu rachunku (3 szóstki - nic nie płacimy, 3 takie same liczby - płacimy 50%)...
Osobiście wolałbym jakby skrócili menu do jednej strony i gotowali lepiej i ze świeżych produktów. Nie bez powodu zupa i deser (a więc to co łatwo przechowywać) było pyszne. Mam wrażenie, że drugie padło ofiarą oszczędności i zbyt długiego menu.
Podsumowanie - jak macie ochotę na rozgrzewającą zupę rybną w zimny wieczór, albo na pyszny deser - walcie jak w dym. Drugie dania - na własną odpowiedzialność...
Szukaj na tym blogu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracja bistro jadłodajnia kraków kazimierz węgierska kuchnia jedzenie recenzja opis test delibar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracja bistro jadłodajnia kraków kazimierz węgierska kuchnia jedzenie recenzja opis test delibar. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 marca 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)